Bieszczadzka kuchnia nie jest wyszukana i nie udaje, że jest. To jedzenie z gospodarstwa: mąka, ziemniaki, kapusta, mleko, to, co dał las i rzeka. Kilka rzeczy trafiło stąd do menu w całej Polsce, kilku innych nie zje się nigdzie indziej.
Fuczki
Najbardziej bieszczadzka rzecz na tej liście. Placki z kiszonej kapusty wymieszanej z ciastem naleśnikowym, smażone na patelni, podawane na gorąco ze śmietaną. Kwaśne, tłuste i sycące — jedzenie wymyślone na zimną porę roku i na to, co akurat było w piwnicy.
Fuczki są w karcie większości bieszczadzkich karczm i schronisk. Warto je zamówić na dole, po zejściu ze szlaku, a nie przed wyjściem — po porcji fuczek podejście na połoninę robi się zauważalnie dłuższe.
Proziaki
Podpłomyki z mąki, mleka i sody — stąd nazwa, bo soda to dawniej „proz”. Piecze się je na suchej patelni, w kilka minut, bez drożdży i bez wyrastania. Kiedyś chleb ubogich i pieczywo „na już”, dziś regionalna wizytówka Podkarpacia. Najlepsze są ciepłe, z masłem, ewentualnie z bryndzą.
Proziaki to również najprostsza rzecz do zrobienia samemu w domku — potrzeba mąki, mleka, sody i patelni. Jeśli szukacie zajęcia na deszczowe popołudnie z dziećmi, to jest dobry kandydat.

Zupy i to, co po nich
W bieszczadzkich kartach niemal zawsze znajdziecie kwaśnicę — zupę na kiszonej kapuście, wywarze i wędzonce, gęstą na tyle, że spokojnie zastępuje drugie danie. Obok niej żurek, barszcz z uszkami w sezonie zimowym i zupa grzybowa, która tu naprawdę bywa robiona z grzybów zebranych parę kilometrów dalej.
Z dań głównych najpewniejsze są pierogi — ruskie, z kapustą i grzybami, z mięsem — oraz to, co lokalne: pstrąg z hodowli w dolinach i dziczyzna. Karkówka z dzika czy gulasz z jelenia to w Bieszczadach nie fanaberia, tylko konsekwencja tego, że wokół jest las.
Sery, miód i nalewki
W Bieszczadach wróciło pasterstwo, więc wróciły też bacówki i sery owcze — bundz, bryndza, wędzone oscypki-podobne. Sprzedają je gospodarstwa przy drodze, często z tabliczką postawioną na płocie. Podobnie z miodem: pasieki stoją tu przy niemal każdej większej łące, a miód gryczany i spadziowy z tych okolic ma wyraźnie inny smak niż sklepowy.
Do tego nalewki — najczęściej na tarninie, dzikiej róży i pigwie — oraz piwo z małych podkarpackich browarów rzemieślniczych, które w ostatnich latach stało się osobnym powodem do przyjazdu.
Gdzie kupować
Sklepy w małych wsiach mają ograniczone godziny i bywają zamknięte w niedzielę, więc większe zakupy najlepiej zrobić po drodze — w Ustrzykach Dolnych, Lesku albo Sanoku. Rzeczy lokalnych szukajcie po drugiej stronie: przy drodze, na tabliczkach „ser”, „miód”, „jaja”, i na weekendowych targach.
Praktyczna uwaga: w sezonie wiele kuchni w okolicznych karczmach kończy wydawanie wcześniej, niż wskazywałyby godziny otwarcia. Po zejściu ze szlaku o dwudziestej można trafić na zamknięte drzwi — dlatego tak wiele osób woli mieć jedzenie na miejscu.
Własna kuchnia zamiast szukania
W każdym z naszych czterech domków jest w pełni wyposażony aneks kuchenny: płyta, lodówka, czajnik, naczynia i sztućce dla tylu osób, ile domek przyjmuje. Śniadanie robi się wtedy wtedy, kiedy się wstało, a nie kiedy otwierają, a kolację można zjeść na tarasie zamiast wracać autem po ciemku.
Grill i miejsce na ognisko ma każdy domek, a opał jest w cenie pobytu — kiełbasa nad ogniem po całym dniu chodzenia broni się lepiej niż niejedna restauracja. Jeśli planujecie wyjazd dopiero, zajrzyjcie też do praktycznego poradnika przed przyjazdem w Bieszczady.